Dracena

Dracena w postaci grubego pnia trafiła do mojego rodzinnego domu przywieziona z rejsu przez tatę… jakieś 35 lat temu. Wiele dała potomnych roślin, bo odcinało się przydługie konary, wsadzało do wody i bardzo łatwo się ukorzeniała. Wtedy gdy została przywieziona była jeszcze sporą rzadkością, dopiero później pojawiły się draceny i jukki w handlu. Rozdawaliśmy je znajomym. W końcu w moim domu nie miałam miejsca na takie duże rośliny.
U znajomych przetrwały, będąc ozdobą wielkiego salonu. Kiedyś koledze powiedziałam, że jakby miał jakąś sadzonkę, to bym chętnie wzięła do domu. Miał jedną trochę chorą – ucierpiała podczas remontu, była pobrudzona od farby i mizerna. Przesadziłam ją, dałam nowe podłoże i zabrałam do swojego biura, bo w domu nie miałam aż tyle miejsca.
Dracena zaczęła odżywać i może nie jest jeszcze taka okazała jak kiedyś, to zrobiła mi wspaniałą niespodziankę – pierwszy raz w zeszłym roku zakwitła.





Bardzo niepozornie się zaczęło, ponieważ nasze draceny nigdy nie kwitły, nie spodziewałam się, że ten piękny zapach, który roztaczał się w biurze pochodzi z kwiatów. Nawet się zastanawiałam co za preparatu używa pani sprzątająca, że tak ładnie pachnie… Aż kolejnego dnia odkryłam wśród liści kwiat draceny. Teraz po roku od tamtego czasu moja dracena zakwitła kolejny raz. Pierwsze zdjęcie wykonałam 9 lutego br., ostatnie jest z 2 marca br. więc kwiatostan rozwijał się 3 tygodnie. Kwiaty są nietrwałe, wysuwają znamię słupka na jeden dzień, potem zasychają.
Kiedyś miałam kameleona, którego tata przywióżł z Maroka. Jako anegdotę czasem opowiadam historię jak mój kameleon imieniem Zygfryd lubił kołysać się na liściach draceny. Usadawiał się na liściu, wbijał maleńkie pazurki w liść, żeby nie spaść i lekko się bujał. Troszkę liście cierpiały przez te charakterystyczne podwójne dziurki, ale Zygfryd chodził swobodnie po domu, więc wolno było mu wszystko.
Tak to z draceną było… Teraz trzeba czekać kolejny rok.