Poobiednie pogaduszki, cz. 1
Jako się rzekło, Szamrok przyszedł na obiad do sąsiada. Marian jak zwykle gościnnie wskazał ulubione miejsce Szamroka przy piecu i dał mu miskę z ziemniaczkami, surówką i kawałeczkami smażonej kiełbasy. Smakowało mu, jak zwykle u Mariana.
Po obiedzie posiedzieli i pogadali sobie przy herbatce. Marian, choć na ogół nie był wielkim gadułą, to jednak chętnie rozmawiał z Szamrokiem. Co się tu dużo dziwić, wiedział jak nietypową postać jest dane mu poznać i był go niezwykle ciekaw.
- Fajnie tu posiedzieć u Ciebie przy piecu, ciepło i obiad smaczny jak zawsze – zaczął Szamrok – Dziękuję!
- Nie ma za co – rzekł Marian – Jak Ty tak długo po świecie wędrujesz, to pewnie wiele ciekawych rzeczy widziałeś. Może coś mi opowiesz z tych swoich historii?
- Hmmm… – zastanawiał się drapiąc po brodzie Szamrok – Co by Ci opowiedzieć? W wielu miejscach bywałem, mieszkałem w starym zamku, stadninie, u starego kolejarza, u gospodarzy. Chyba wieś lubię najbardziej, lubię przebywać na powietrzu, wśród roślin i zwierząt.
- Na zamku? Na jakim zamku? Opowiedz o zamku – zagadywał Marian.
- Trafiłem kiedyś do Malborka. O wielkim krzyżackim zamku opowiadał mi dziadek. Jest tak wielki, że łatwo się w nim zgubić dorosłemu człowiekowi, a co dopiero takiemu skrzatowi jak ja – zaczął Szamrok – Trafiłem tam, gdy gospodarz u którego mieszkałem wybrał się do Malborka, by załatwić swoje sprawy urzędowe. Ja poszedłem zwiedzać zamek, który widziałem już jak tylko wjeżdżaliśmy mostem kolejowym nad Nogatem. Wyglądał majestatycznie na tle tafli rzeki. Byłeś kiedykolwiek na zamku w Malborku? – zapytał.
- Tak, byłem z wycieczką szkolną – odparł Marian – Zrobił na wszystkich wrażenie: wysokie grube mury, zakamarki, zimne komnaty, czy diabełki wskazujące drogę do ubikacji, nas dzieci to bardzo bawiło.
- Na początku poszedłem zwiedzać zamek za pewną wycieczką szkolną – kontynuował Szamrok – Przewodnik ciekawie opowiadał o nim, zwiedzaliśmy starą kuchnię, różne komnaty i dziedzińce, wystawy muzealne i wielkie sale. Gdy dzieciaki miały przerwę na odpoczynek poszedłem sobie zajrzeć za jedne małe drzwiczki…
- I co było dalej? – zapytał Marian.
- Za tymi drzwiczkami z kutymi zawiasami była pochylnia, która prowadziła w czarną przepaść, niczym czarna dziura. Było jednak tak ciemno – ciągnął dalej Szamrok – że nie widziałem co tam jest, poślizgnąłem się… i wpadłem. Potoczyłem się bezładnie, za nic nie mogłem niczego złapać, by się zatrzymać. Spadłem na samo dno i nieźle się potłukłem. Co gorsze, nie wiedziałem gdzie jestem!