Poobiednie pogaduszki, cz. 2
- Wśród prawie egipskich ciemności zacząłem po omacku sondować, gdzie się znajduję – kontynuował Szamrok – Jednak nie mogłem poza starymi kamiennymi, nierównymi ścianami nic odnaleźć. W końcu natknąłem się na jakąś pustą skrzynkę. Usiadłem sobie na niej i czekałem, co będzie dalej. Na wdrapanie się tam, skąd spadłem, nie było nawet szansy, gdyż nie było wcale widać gdzie jest ta dziura.
- No to Ci się trafiło! Ukarana ciekawość, ha ha! – zaśmiał się Marian.
- Nie wiem ile czasu tam spędziłem, ale pewnie kilka godzin. Z nudów ułożyłem się na skrzyni i zasnąłem. Po jakimś czasem obudziły mnie odgłosy kroków i jakiś głos. Zaskrzypiały ciężkie drewniane drzwi i do pomieszczenia wpadł snop światła. Z niego wyłonił się człowiek. Był nim stróż. Starszy, nieco zgarbiony człowiek. Przyszedł po węgiel. Okazało się, że spadłem specjalnym tunelem do wrzucania węgla. Byłem czarny jak ten węgiel. Stróż zauważył mnie i nie wykazał wielkiego zdziwienia, pewnie w tym zamku widział już niejedno. Nabrał węgla do węglarki i wskazał mi, którędy mam wyjść. Poszedłem za nim.
- To on wcale wielkiego szoku nie doznał, jak zobaczył skrzata… I co było dalej? – zapytał Marian.
- Zaprosił mnie do pomieszczenia, w którym pomieszkiwał będąc w pracy. Było tam trochę sprzętów: stół, krzesła, kanapa i kilka szaf, piecyk i jakaś kuchenka. Pokazał mi miejsce na kanapie i poczęstował gorącą herbatą i kawałkiem drożdżówki. Przez tę przygodę z dziurą, niezgorzej zgłodniałem. Potem pokazał mi małą łazienkę w korytarzu. Musiałem się umyć i ogarnąć. Wytrzepałem swoje wdzianko, ale koszulę i spodnie trzeba było wyprać. Dał mi ręcznik, żebym miał się czym okryć i wyprałem wtedy swoje rzeczy. Wiadomo, że nie mogłem wyjść z zamku, zostałem więc u stróża.
- Okazało się – ciągnął dalej Szamrok – że spędziłem u niego dwa lata. Pomagałem mu, byłem towarzyszem gdy trzeba było robić obchód. Ponieważ jestem mały znajdowałem często jakieś zgubione przez zwiedzających przedmioty. Stróż miał słabszy wzrok i nie wszystko widział, więc byłem mu przydatny. Zaprzyjaźniliśmy się. Ja z kolei miałem dach nad głową, ciepło i wyżywienie, było mi tam dobrze.
- Dlaczego tam nie pozostałeś? – zapytał sąsiad.
- Po tych dwóch latach pewnego razu stróż wyszedł na dziedziniec, bo miał otwierać bramę i tam zasłabł. Wezwano pogotowie i potem długo nie wracał. Na jego miejsce przyszedł jakiś inny człowiek, a ja nie chciałem mu zawadzać i wyniosłem się z zamku.
- Nie wiesz co się stało ze stróżem?
- Mówili, że po wyjściu ze szpitala wrócił do swojej rodziny. Nie mógł już wrócić do pracy – odpowiedział smutno Szamrok.
- Chyba się do niego przywiązałeś przez dwa lata współnego mieszkania?
- Owszem, stróż był spokojnym, małomównym człowiekiem, dobrze nam się razem mieszkało – odpowiedział.
Trochę się zamyślił, więc Marian nie podejmował tematu. Zdawało mu się, że Szamrok wspominał w duchu swój pobyt na zamku w Malborku i że ma miłe wspomnienia. Dołożył do pieca i wstawił czajnik by zrobić herbaty.