W niewielkim ogródku zamieszkał Szamrok. Jego imię miało przynosić szczęście, bo shamrock to koniczyna – symbol Irlandii.

Nikt nie wie jak się znalazł w tym ogrodzie, jest na tyle mały, że raczej z Irlandii sam nie przyszedł… no chyba, że go ktoś przemycił w walizce… w końcu nie tak daleko znajduje się lotnisko w Rębiechowie. Jednak tak naprawdę, to nikt nie wie tego skąd się wziął…

Postać jego zwyczajna, niewielka postura, dorosłemu człowiekowi sięgająca, co najwyżej, do połowy łydki… Rozumek jednak  niemały, zawierający się w przytłaczająco wielkim łebku, przykrytym nieodzownie wielkim kapeluszem z zabawnie przekrzywionym czubkiem. Mocno nasunięty kapelusz z pewnością ukrywa jakąś tajemnicę, a może zwyczajną łysinę…? Ze śmiesznymi buciskami zawiązanymi na sznurówki, zgrzebnymi spodenkami z workowej juty i koszuliną z surówki oraz wąsiskami i brodą wygląda całkiem podobnie do naszych lokalnych krasnali, tyle że nie jest taki barwny jak paw. I dobrze!

Dziwnie mi kogoś przypomina… hmmm

O przygodach Szamroka przeczytacie w kolejnych odcinkach. Zapraszam!

(oryg. 3.02.2009)

 

Nowe mieszkanie

Gdy zamieszkał w budce narzędziowej wydała mu się ogromna, zawsze mieszkał w jakiś dziuplach, które na ogół były ciasne, a ponadto czasem miewał sublokatora, albo sam nim był. Wymagało to poświęcenia, bo jak lokator nieładnie pachnie, albo śpi całą zimę, to i nudno, i wcale nie śmieszno. Pewnie dlatego wybrał się w świat, żeby poszukiwać innego miejsca, swojego własnego.

Może takiemu Szamrokowi jak on nie jest łatwo, bo przecież tak naprawdę to on prawa do ziemi nie nabędzie, zawsze będzie musiał być zależny od czyjejś gościny. Może jednak taki ogród, w którym właściciele nie tak często bywają, będzie dobrym miejscem do pomieszkiwania. Postanowił zostać w ogrodzie i w tej budce narzędziowej przynajmniej do wiosny, a potem się zobaczy – jak pojawią się właściciele… „Może mnie nie przegonią, może nie okażą się źli…” – krążyło mu po głowie.

W budce znalazł jutowe worki, z których ułożył sobie wygodną otomanę do spania. Z pustych koszyków do sadzenia cebul mógł powybierać sobie „meble”, okrągły przykrył kawałkiem folii z worka i stół gotowy. Jest tam jeszcze wiadro z piaskiem i drugie z jakimiś granulkami – troszkę śmierdzącymi – nawet ich spróbował, nie są jadalne – ale wietrzenie przez szpary w ścianach daje wytrzymać. Jakieś dziwne wielkie narzędzie, zardzewiałe potrójne groty, jakby zagięty trójząb, ciekawe do czego służy? Worki z folii powtykał w największą szparę, żeby mu nie wiało. Budka zamykana jest na śmieszną, zardzewiałą agrafkę z drutu, dlatego jak gdzieś pójdzie, nikt mu włazić nie będzie. Chyba jest zadowolony z mieszkania, żeby jeszcze nie było tej zimy… ale chyba nie powinien narzekać.

Gdy się już rozlokował, rozpakował niewielki tobołek z dorobkiem życia, postanowił sie trochę rozejrzeć. Na drodze wśród ogrodów utrzymuje się zamarznięty śnieg, ale nie ma go tak dużo by się źle chodziło. Poszedł na sam dół ścieżki, ale troszkę miał stracha, bo zobaczył jakieś tropy… chyba kota i psa. „Nie ma co, muszę uważać!” – pomyślał. Uszedł parę kroków i okazało się, że z komina drewnianego pawilonu leci dym. „Czyżby tu ktoś mieszkał?” – zastanawiał się. Zobaczył ludzkie ślady i to upewniło go w podejrzeniach. Zdecydowanie w tym domku ktoś zimuje. Ten „ktoś” ma psa i kota, zlodzone ślady na śniegu dopowiedziały mu resztę.

Z jednej strony się ucieszył – „Nie będę taki samotny!” – z drugiej zmartwił – „Muszę uważać na te zwierzaki, ale sobie znajdę dziury w płocie, żeby w razie czego mieć jak czmychnąć” – dokończył odkrywczo. Skoro pierwszy rekonesans uznał za skończony pospacerował do swojego nowego mieszkanka, chyba w dobrym momencie, bo usłyszał poszczekiwanie sąsiedzkiego psa.

(oryg. 4.02.2009)

 

Słonecznik

Szamrok obudził się w dobrym humorze, okazało się, że budka z drewna dość dobrze chroni przed wiatrem i niepogodą, obity papą dach nie przecieka, to już niemało. Wygodne legowisko z jutowych worków pozwoliło mu się wygodnie wyciągnąć, to nie te czasy, gdy w dziupli spał zwinięty w kłębuszek. Gdy wyjrzał przez dziurę po sęku okazało się, że na dworze jest piękna, słoneczna pogoda. „Przydałoby się jakieś okno” – pomyślał. Szybko jednak pozostawił myśl o oknie. Postanowił wybrać się na spacer i poszukiwanie czegoś do jedzenia.

Tym razem pamiętając o tym, gdzie mieszka pies, poszedł w drugą stronę. Schodząc w dół drogi widział jaki to rozległy teren, a w oddali – za łąką – znajdował się nawet jakiś większy staw czy jezioro. Przechodził przy kolejnych ogrodach patrząc czy nie ma jakiś zimowych jabłuszek, a może innych owoców. Troszkę mu w brzuszku burczało z głodu. Znalazł jakąś plastikową nakrętkę, w której zamarzło trochę deszczowej wody… ucieszył się, że będzie miał co pić. Wziął ją ze sobą i dalej poszedł szukać czegoś do jedzenia. Znalazł dziurę w ogrodzeniu i wszedł do ogrodu z którego dochodził jakiś świergot. Okazało się, że to ptaki na tarasie domku świergotliwie kłóciły się o pożywienie. Udało mu się po starych rupieciach wdrapać do góry i tam znalazł trochę nasion słonecznika i jeszcze innych. Napakował sobie kieszenie i zadowolony zeskoczył na dół. Ptaki szybko powróciły, gdy tylko zobaczyły, że przedziwny gość sobie poszedł.

Szamrok pomyślał, że jak ludzie dokarmiają ptaki na działkach, to i on z głodu nie zemrze. Wrócił na drogę, gdzie pozostawił swoją zamarźniętą wodę i poszedł do domu. Po drodze pomyślał o tym, żeby sobie zrobić kiedyś wycieczkę nad wodę. Gdy tak rozmyślał nieomal nie zauważył czarnego kota. Byłoby groźnie, ale zdążył schować się za zmarźniętą kępą jakiegoś zielska. Nie żeby się tak całkiem bał kotów, nie raz miał z nimi do czynienia, ale po co wyzywać los… W końcu mają takie ostre pazury. Kot nie zauważając Szamroka poszedł w kierunku domku zimującego „sąsiada”. „Pewnie tam mieszka” – pomyślał i rozglądając się ostrożnie wrócił „do siebie”.

„Hmmm… jak szybko się zadomowiłem” – pomyślał siedząc w swojej budce i przegryzając nasiona słonecznika.

(oryg. 6.02.2009)

 

Bezdomny

Szamrok zaczął się przyzwyczajać do otoczenia. Kolejne dni upłynęły mu na rozglądaniu się wokół. „Jego” teren ma dobre ogrodzenie, więc nie ruszając się poza może czuć się bezpiecznie. No jedynie ptaki czy koty nie liczą się z płotami.

Już drugiego dnia zauważył swojego sąsiada z zamieszkałej działki. To jakiś dziwny człowiek, przygarbiony, w filcowym kapeluszu przewiązanym widocznie dla ozdoby białym sznurkiem, lekko kulejący. Gdy go zobaczył pierwszy raz szedł gdzieś z małym czarnym psem, takim zwyczajnym wielorasowcem. Piesek chyba młody, bo podskakiwał i radośnie szczekał, zaczepiając swojego pana. Oddalili się w stronę lasu, tam gdzie Szamrok jeszcze nie był.

Wrócili po godzinie, a człowiek niósł siatkę wypchaną czymś. Szamrok się domyślił, że może to być jedzenie. Po jakimś czasie ze śmiesznego kominka-rury z daszkiem zaczął się wydobywać dym. Znak, że na jakimś piecyku gotuje się jedzonko. Gdyby nie pies i kot może odważyłby się iść zobaczyć co.

Postanowił jednak sam sobie coś ugotować. Miał w swoim tobołku kawałeczek skóry od słoniny i trochę kaszy, z tego można już ugotować jakiś gorący posiłek. Z kamieni ułożył sobie obok budki palenisko i rozpalił ogień. W garnku kasza gotowała się ze skórą i nawet ładnie pachniało, bo dodał trochę ziół, które zawsze miał w tobołku. Gdy pilnował swojej kaszy zastanawiał się nad tym człowiekiem z sąsiedztwa.
- Co też on robi tutaj sam? Dlaczego mieszka w takiej działkowej altance? – myślał – Zimą musi tu nie być za wygodnie, bo pewnie i zimno, i trochę strasznie tak na odludziu! Wody w kranach nie ma. Co tam, w „moim” ogródku nie ma nawet kranów. Widocznie ten człowiek nie ma innego wyjścia… – wnioskował dalej.
Kasza mu bardzo smakowała, od czasu jak zamieszkał w budce był to jego pierwszy gorący posiłek.

Następnego dnia Szamrok widział jak sąsiad prowadził rano rower i poszedł znowu w stronę lasu. Tym razem bez psa. Wrócił dopiero jak już się robiło szaro. Szamrok pomyślał, że być może wracał z pracy i zaczął podziwiać „sąsiada”, a jednocześnie go żałować, że musi się zmagać z takimi przeciwnościami. Ciekawe, że sam o sobie nie myślał w takich kategoriach. A może skrzaty mają inne wymagania, im ta „cała cywilizacja” wcale do szczęścia nie jest potrzebna… Szamrok nazwał go – Sam.

(oryg. 9.02.2009)

 

Spacer nad jezioro

Szamrok rozglądał się za towarzystwem dla siebie. Na razie widział tylko przylatujące do ogrodu ptaki, które jak zwykle rozglądają się za jedzeniem, jakimiś nasionami, czy owockami pozostałymi na krzewach. Zobaczył też ślady po wizytach kreta. Na trawniku znajdowało się kilkanaście kopców, przykrytych częściowo śniegiem i zamarzniętych. Domyślał się, że kret w takich warunkach śpi sobie w korytarzu gdzieś pod ziemią.

Gdy w końcu wybrał się na dłuższy spacer trafił w końcu nad jezioro. Zauważył, że w dwóch miejscach z podziemnych, ogromnych rur spływała do niego jakaś woda, nie wiadomo skąd. Jezioro wydało mu się całkiem malownicze. Trzciny i zarośla, jakieś wierzby pochylone nad wodą, w spokojniejszych zatoczkach na wodzie utrzymywał się cienki lód. Postanowił jezioro obejść dookoła. W jednym miejscu do samej tafli wody prowadziła jakaś betonowa pochylnia, po której udało mu się dojść do samej wody. Na drugim końcu jeziora pływała sobie para łabędzi i jakieś stadko kaczek.

W pewnym momencie zobaczył, że ptactwo szybko przeleciało na inną stronę zbiornika. Okazało się, że po drugiej stronie na łące biegają dwa psy. Jeden jak wilk, a drugi podobny do wilka, ale trochę mniejszy biało-srebrny. Obok nich spacerował człowiek, czasem rzucając im patyki. Szamrok przezornie stał przy szuwarach, żeby go nie było widać. Cały czas obserwował gdzie pójdą. Co ciekawe poszli w górę, w stronę z której on sam przyszedł. Zaciekawiony patrzył co będzie dalej.

Człowiek z psami otworzył furtkę i poszedł drogą na górkę. W bezpiecznej odległości ciekawski Szamrok podążał za nimi. Na górce psy ze swoim właścicielem wbiegły do ogrodu za betonowym ogrodzeniem. W dole stał tam murowany dom z ceglanym kominem z którego leciał lekki dym, w oknach firanki, na dachu antena telewizyjna. Człowiek wpuścił psy do domu. Okazało się, że tam mieszkają. W oknie zobaczył dziecko, które ucieszyło się z powrotu ojca. To domostwo wyglądało na solidne i spodobało się Szamrokowi, różniło się od pozostałych działek. Chyba ludzie w nim mieszkają na stałe.

Wrócił do siebie, ciesząc się że wybrał sobie dobre miejsce – w miarę spokojne. Zamieszkały dom znajdował się daleko, na drugim końcu działek. Pomyślał, że nie będą sobie wchodzili w drogę.

(oryg. 11.02.2009)

 

Las

Szamrok każdego dnia wybierał się na spacer inną trasą. Nie ma co, ale powinien przecież poznać „swój” teren. Tym razem poszedł w kierunku lasu. Na granicy ogrodów działkowych jest tam metalowa furtka, zamknięta na zamek. Inna sprawa, że ktoś wziął i „spruł” część metalowej siatki. Bez problemu na teren działek może wejść każdy obcy. Szamrok poczuł się jak gospodarz i wcale nie był z odkrycia dziury zadowolony. Wyszedł nią jednak na zewnątrz. Przebiegał tam łuk leśnej drogi z jednej strony wznoszący się w górę, a z drugiej prowadzący nieco w dół. Wybrał drogę w dół.

Dziwna ta droga, nierówna, wysypana jakimś kruszywem, a idąc dalej  odłamkami kafli z pieca, potłuczonymi kawałkami z czyjejś łazienki… Po lewej stronie drogi znajdował się jakiś jar, a w nim na dole sączył się leniwie leśny strumień. Szamrok szybko skojarzył, że przez podmokłe łąki i dolinę woda ta płynie do jeziora, nad którym już był.

Jednak na dnie jaru oprócz strumienia zobaczył kupy porozrzucanych śmieci. „Jakie to straszne śmietnisko!!! – wzdychał pod nosem – Przecież to nie jest las!!!”. Nie był to ładny widok, niestety… Tym bardziej, że po drugiej stronie w lesie też dojrzał śmieci, jakieś porzucone „ludzkie” rupiecie. Nie mógł na to patrzeć. Szybko poszedł dalej, a dalej było pole, jeszcze jedno pole i w oddali gospodarstwo. Przechodząc przez nasyp kolejowy z zarośniętymi, zardzewiałymi torami domyślił się, że tutaj dawno żaden pociąg nie jeździł. Poszedł w górę, omijając gospodarstwo, w oddali zobaczył osiedle domów z ogródkami, mały sklepik. „O! To pewnie tutaj Sam robił zakupy” – zgadywał. Wolał jednak nie zbliżać się do ludzi i zawrócił.

Gdy ponownie przechodził koło jaru zauważył, że rosną tam dzikie leszczyny i krzewy czarnego bzu. „Będę miał gdzie zbierać orzechy” – pomruczał sobie z zadowoleniem przerywanym myślą o porzuconych śmieciach. Nie podobało mu się to i zastanawiał się kto wyrzuca śmieci zaledwie kilka metrów za granicą działek… bezmyślne brudasy nie ma co!

Poszedł w kierunku furtki i z ciekawości w górę drogi przebiegającej w parowie. Rosły tam akurat głównie buki i trochę świerków. Troszkę poprawił mu się humor, bo zobaczył, że jednak nie cały las jest zaśmiecony. Pomyślał, że tu znajdzie orzeszki buczyny, którą bardzo lubi.

(oryg. 12.02.2009)

 

Byle do wiosny!

Pewnego dnia Szamrok obudził się i jakoś nie chciało mu się wstawać. Naciągał na głowę swoją niby-kołdrę z worka, ale wtedy odsłaniały się stopy, a że zbyt ciepło nie było, to podkurczył je szybko. Gdy się w końcu zdecydował wstać, zauważył że ze szpary spod drzwi nie wnika do budki światło. „Co jest??!” – zastanawiał się. Opatulił się i postanowił zobaczyć jaka jest pogoda na zewnątrz. Zaczął popychać drzwi, ale okazało się, że stawiają opór. Parę razy próbował je popchnąć i nic.

- No co jest!!!?? – stękał prąc na drzwi. One jednak nie ustępowały.
- No jednak bez okna się nie obędzie, bo nic tu nie widać – pomyślał, ale przypomniał sobie o dziurce po sęku. Spojrzał przez dziurę i wtedy już wiedział co się stało. W nocy spadł śnieg i musiało zawiać drzwi, dlatego było ciemno i nie mógł ich otworzyć.
- Jak ja się wydostanę? – rozmyślał drapiąc się po brodzie.

Zaczął się rozglądać po budce i wygrzebał kawałek drutu leżący pod ścianą. Drut wsadził w szparę pod drzwiami i zaczął nim przesuwać w lewo i prawo. Do domku szparą dostawało się trochę śniegu, ale to nic, ważne by drzwi ustąpiły. Potem jak się uporał z dołem, to i na bokach – gdzie się dało – wtykał drut i kiwał nim na boki. W końcu spróbował otworzyć drzwi, od razu nie puściły, ale rozpędził się trochę i z impetem na nie wpadł… Drzwi w końcu się otworzyły! Gdy wyszedł na dwór okazało się, że dookoła leży gruba pierzyna puszystego, białego śniegu. Śnieg musiał padać w nocy, gdy spał. Zadowolony, że się uwolnił poszukał gałązek z wierzby rosnącej za płotem. Troszkę się napracował, ale przy pomocy kawałka znalezionego w domku drutu związał mocno gałązki i w ten sposób miał już miotłę do zamiatania.

Zadowolony ze swojej pomysłowości zabrał się do przeganiania masy śniegu w inne miejsce. Tak mu się to spodobało, że z rozmachu odśnieżył nawet kawałeczek ścieżki prowadzącej do jego budki. Gospodarskim okiem rozejrzał się jeszcze dookoła, po czym stwierdził, że dzisiaj się nie wyprawi na spacer. Wolał nie utknąć w „zaspach”.

W następnym odcinku „Ileż warte postanowienia?”.

(oryg. 14.02.2009)

 

Ileż warte postanowienia?

Długo nie wytrwał w tym postanowieniu, bo śnieg śniegiem, ale chciałoby się poszukać czegoś do zjedzenia. Niewielkie zapasy Szamroka kończyły się, a zimno potęgowało wrażenie głodu. Postanowił zbliżyć się do domku Sama i podejrzeć, czy u niego nie ma resztek jedzenia. Gdy rankiem zobaczył, że Sam wychodzi z rowerem, narzucił na siebie ciepłą kamizelkę z kawałka króliczego futra, wziął kijek wędrowca z przybitym kawałeczkiem kolczastej skórki jeża – tak na wszelki wypadek, gdyby spotkał psa lub kota – i poszedł w kierunku domku Sama.

Wlazł przez dziurę w płotku i powoli, ostrożnie zbliżał się do domku. W końcu wdrapał się na niby-tarasik i zbliżył do okna. Przez okno zobaczył, że na małej butli z gazem, na maleńkim płomyku gotuje się coś w garnku. Smakowicie pachniało i jakoś zapomniał pomyśleć, że jeśli ktoś pozostawił gotującą się strawę, to niedługo wróci…

Gdy się tak rozglądał, zauważył, że pies spokojnie śpi na swoim legowisku, a kota nie było. Jednak nie miał odwagi pod nieobecność Sama nawet spróbować wejść do domku. Zapach jednak bardzo go kusił… Na poręczy tarasiku stała tacka, a na niej było trochę okruchów i skórki chleba, dla ptaków zapewne. Trochę sobie nazbierał do kieszeni. Gdy był zajęty zbieraniem jedzenia z tacy nagle poczuł na sobie wzrok… kota. Ten widocznie wracał ze swojego polowania i bacznie się przyglądał dziwnemu gościowi. Szamrok zeskoczył z poręczy i szybko złapał swój kijek, trochę się bał, lepiej mieć coś „pod ręką”. Gdy tak trwali przyglądając się sobie nawzajem badawczo skrzypnęła metalowa furtka…

To wracał Sam, któremu zabrakło widocznie czegoś do gotowanej zupy. Jakie było jego zdziwienie, gdy odstawiając rower zauważył, że jego kot czai się na jakiegoś dziwnego gościa – niewielkiego skrzata. Sam schylił się, żeby się przyjrzeć lepiej przybyszowi – takiej dziwnej „osóbki” jeszcze nigdy nie widział. Ponieważ Szamrok zastygł w bezruchu i patrzył z przerażeniem w oczach na Sama i kątem oka na kota, Sam odniósł wrażenie, że skrzat nie jest żywy – wyciągnął do niego rękę, chciał go dotknąć palcem. Tego już było za dużo na nerwy Szamroka – zrobił krok w tył pod same drzwi i cofając się wydał z siebie jakiś dźwięk, podobny do „Oj!”. Wtedy Sam już wiedział, że ten dziwny mały ludek jest żywy!

- No to mamy gościa – powiedział Sam do kota – Zapraszam do środka! – dodał i gestem wskazał drzwi.
Szamrok kiwnął głową, niepewnie się odsunął, ciągle zerkając na kota, który też zeskoczył na dół, by zaraz wejść gdy tylko drzwi się otworzą. Wszyscy weszli do domu, co obudziło psa, który radośnie witał swojego pana, ale i zabawnie doskakiwał do „gościa”. Cały czas merdał ogonem, więc Szamrok pomyślał, że jako gość Sama, nie ma się czego bać.

(oryg. 16.02.2009)

 

Gościna

W pierwszym momencie Szamrok czuł się nieswojo, nie miał wielu kontaktów z ludźmi, ze względu na swój niewielki rozmiar był raczej w stosunku do nich nieufny. Ale stanął gdzieś niedaleko piecyka, bo tam było bardzo ciepło, a ciepła najbardziej mu brakowało. Z tej zwyczajnej „kozy” promieniowało przyjemne ciepło i przez szpary w szyberku można było nacieszyć oko iskrami z palącego się drewna.

Sam bacznie mu się przyglądał, zdjął kurtkę i kapelusz, zaczął się krzątać koło garnka z zupą. Psina natomiast postanowiła dobrze „nowego” obwąchać, kot ignorując przybysza usadowił się na parapecie, niedaleko od pieca i przyglądał się tylko leniwym wzrokiem. Szamrok doszedł do wniosku, że chyba nie są tacy straszni jak sądził wcześniej, całkiem ich nie znając. W końcu usiadł na kawałku pnia, który leżał koło pieca obok całego stosu drewna na opał. Sam zamieszał zupę, dosypał jakąś przyprawę i potem spróbował trochę. Zadowolony cmoknął i zapytał – Jak Cię nazywać? Chyba umiesz mówić?
Szamrok na to bąknął pod nosem – Szam-rok.
- Hmmm, Szamrok, nawet oryginalnie – skwitował Sam – Ja jestem Marian.
- Aha – przytaknął Szamrok, trochę zdegustowany, że jego nowy znajomy nie nazywa się już Sam.
- Lubisz grochówkę? – zapytał Marian.
- Nigdy nie jadłem grochówki… ale mogę spróbować – szybko dodał, a ślinka mu już nabiegła do ust.

Marian nalał troszkę do jakiejś małej miseczki i podał skrzatowi z małą łyżeczką od herbaty, która i tak była dla niego za duża. Sam usiadł przy stoliku nakrytym ceratą i powoli, dmuchając, zaczął zjadać zupę. Szamrok podobnie jak on zajadał szybko, bo okazało się, że zupa była przepyszna. I jaka cieplutka… mmmm. Gdy podjedli Szamrok zaczął się troszkę kręcić, chyba powoli chciał wracać do siebie, ale nie wiedział czy Marian go wypuści.

- Skąd Ty się u mnie wziąłeś?  – zapytał Marian.
- Ja tu mieszkam… w budce… koło drewnianego domku – odparł Szamrok.
- No to jesteśmy sąsiadami – skwitował Marian – to bliziutko ode mnie.
- Aha – przytaknął.

Marian chyba zrozumiał, że gość już chce wyjść. Otworzył szafeczkę i wyciągnął chleb, ukroił kawałek. Podobnie zrobił z żółtym serem. Zawinął te kawałki w papier i dał Szamrokowi.

- Pewnie Ci się przyda – powiedział widząc, że Szamrok się trochę boi wziąć.
- Bierz! Bierz! A jak będziesz chciał, możesz też przyjść zjeść coś na ciepło – dodał.

Szamrok wziął zawiniątko, skinął głową i popatrzył na drzwi. Marian otworzył je, robiąc niewielkie wyjście dla skrzata, by ciepło mu nie uciekało. Szamrok wychodząc podziękował i pożegnał się.
Czas wracać do siebie – pomyślał.

(oryg. 18.02.2009)

 

Światło

- Jak to dobrze, że odważyłem się tam pójść – myślał Szamrok powoli wracając do budki – Łatwiej mi tu będzie mając sąsiada. Skoro mnie zapraszał, to mogę tam czasem zajrzeć – ciagnął dalej – Zresztą zupka była pyszna!
Nigdy nie jadł takiej zupy z grochu, okraszonej chrupiącymi skwarkami i pachnącej majerankiem, pychota! Uśmiechała mu się buzia na samo wspomnienie.

W dobrym humorze wrócił do swojego domku i położył zawiniątko na stole. Dalej jednak myślał o spotkaniu z człowiekiem, jego kotem i psem.
- Te zwierzaki, to chyba jednak nie były takie groźne i jak słuchają swego pana, skoro się na mnie nie rzuciły! – dodał odkrywczo.

Na dworze zrobiło się ciemno, ale już znać, że z dnia na dzień jest coraz dłużej widno. Szamrok usiadł sobie na swojej wygodnej otomanie i postanowił coś wystrugać z kawałka drewna, które leżało w budce. Postanowił sobie zrobić z niego świecznik i zawzięcie przycinał go nożem. Nawet mu to nieźle wychodziło. Gdy już stwierdził, że dzieło jest skończone postawił je z dumą na stole. Ze swojego tobołka wygrzebał jakiś ogarek, obsadził go w nowym świeczniku i zapalił. Dookoła nastało jasne, przyjemne światło.

- Teraz i ja mam światło! – mruczał do siebie zadowolony.

Inna sprawa, że dopiero przy świetle świecy zobaczył, jaki ma w domku nieporządek. Troszkę pozbierał wióry, ale postanowił posprzątać za dnia.

- Otworzę drzwi na oścież, to będzie lepiej widać – obiecał sobie. Szybko jednak zaczął ziewać i postanowił, że jak na dzisiaj wystarczy przeżyć. Położył się spać.

(oryg. 20.02.2009)

 

Okiem gospodarza

Obudził się rano. Rześki i ze sporą chęcią by coś zdziałać. Zaczął od umycia się i ogarnięcia swojej skromnej osóbki. Potem postanowił zjeść śniadanko. Miał jeszcze chleb i ser, który dostał w zawiniątku od sąsiada. To były dla niego rarytasy, szczególnie smakował mu chleb.

Gdy się posilił troszkę odsapnął – założył swoją króliczą kamizelkę i otworzył drzwi budki na oścież, zaczął się rozglądać. Ciągle utrzymywał się śnieg i było dość chłodno. W dodatku działka jest na górce i zawsze tam wieje, no chyba, że wiatr wieje z kierunku północno-zachodniego, wtedy budka schowana za domkiem nie jest taka „przewiewna”.

Szamrok najpierw pochodził trochę po działce, przyglądał się obumarłym częściom roślin, które wystawały spod śniegu i szukał czy się coś nie zaczyna zmieniać. Na drzewach pąki liściowe stały się jakby nieco większe, ale na ziemi szczególnych oznak wiosny jeszcze nie zauważył. Słyszał tylko w oddali jakieś radosne odgłosy ptaków… i srocze przekomarzania.
- Niedługo powinna nadejść wiosna – myślał – jak się zazieleni, to dopiero będzie przyjemnie. No i słonko trochę pogrzeje!

Wrócił do otwartego domku, wziął miotełkę i zaczął sprzątać. Teraz za dnia, było o wiele lepiej widać. Szybko się uwinął i był z siebie bardzo zadowolony. Lubi mieć porządek.

W budce leżał kawałek brzeszczotu i Szamrok postanowił zrobić sobie okno w drzwiach. Nie miał szyby, ale w domku była dość gruba przezroczysta folia. Wyciął z niej odpowiedni, kwadratowy kawałek. Poprzycinał listewki, które leżały pod daszkiem i zabrał się do wycinania otworu w drzwiach.

Wcale to tak łatwo nie szło, zimno, ręce mu trochę grabiały. Ale skoro postanowił to musi zrobić. Pół dnia mocował się Szamrok z kawałkiem ostrza i dość grubymi deskami drzwiczek. W końcu kawałek kwadratowej deski spadł na ziemię, tym sposobem otwór był gotowy. Szamrok poprzybijał listewki napinając od razu kawałek folii, która miała udawać szybę.

- Okno gotowe! – podsumował – Teraz będę lepiej widział co się dzieje na dworze.

(oryg. 23.02.2009)

 

Jak dobrze mieć sąsiada

Dwa dni później Szamrok jakoś rano nie mógł wstać, było mu zimno i troszkę czuł się obolały. Wstał w końcu, ale ledwie mógł się utrzymać na nogach. Zrobił sobie śniadanie, ale apetytu nie miał, gardło trochę pobolewało. Próbował coś zrobić, może wyjść na spacer? Szybko jednak doszedł do wniosku, że za słabo się czuje i jakoś dziwnie mu zimno. Położył się do łóżka. Szybko zasnął.

Śniła mu się zielona łąka, przelatujące ptaki nieznośnie świergocące, motyle i owady…

Nagle wyrwał go ze snu jakiś chrobot. Poderwał się z łóżka, na równe nogi i podszedł do okienka. Jakiś wielki cień zbliżał się do jego budki, ale folia nie dość przejrzysta, nie pokazywała dokładnie kto. Nagle postać się pochyliła i rozległo się pukanie.
Szamrok otworzył drzwiczki troszkę zaskoczony.

Okazało się, że to Marian ze swoim psem zajrzał do niego. Nie mógł zaprosić gości do środka z wiadomych względów – budka była za mała – ale narzucił coś na siebie i wyszedł do nich.
- Witam! – powiedział bez wielkiego animuszu.
- Cześć skrzacie! – odpowiedział Marian – Widzę, że coś nietęgo wyglądasz. Chory jesteś czy co?
- Chyba się przeziębiłem, jak robiłem porządki i … okno – odpowiedział.
- Masz tu, przyniosłem trochę ciepłego bigosu, zjedz i szybko wracaj do łóżka – radził – Albo może jeszcze lepiej weź swoje rzeczy i zabiorę Cię ze sobą, przy piecu szybciej się wygrzejesz! No już! ubierz się i idziemy! – dodał.

Szamrok przypomniał sobie jak miło iskry w piecyku skakały i jak miło było się ogrzać. Ubrał się ciepło i bez słowa poszedł za sąsiadem.

Gdy znaleźli się w altance Mariana, ten położył niedaleko pieca złożony kawał koca i wskazał ręką miejsce dla Szamroka. Ten wgramolił się na górę, usiadł.

- Tutaj jest ciepło! – stwierdził zadowolony.
- No pewnie – odpowiedział sąsiad dokładając drewno do pieca.

Najpierw dostał cieplutkiego bigosu w miseczce i kawałeczek chleba – zjadł trochę na siłę, ciągle czuł się niezbyt dobrze. Potem Marian znacząco zachęcił Szamroka żeby się przykrył i pospał w cieple. Nie bardzo wiedział jak pielęgnować skrzata, czy mierzyć mu temperaturę i jaka ona powinna być – jak u człowieka? Dlatego zostawił go w spokoju, pomyslał, że jak się wyśpi, to poczuje się lepiej.

(oryg. 25.02.2009)

 

Gdy skrzata choroba dopada

Szamrok spał długo i mocno. Marian zauważył, że Szamrok kręcił się i bełkotał coś w jakimś nieznanym mu języku. Marian tylko czasem sprawdzał czy oddycha i poprawiał koc. W końcu gdy się Szamrok obudził twarz miał koloru bladego, bardziej niż zwykle…

- No i jak się czujesz? – od razu go zapytał.
- Jaaakoś tak mi ciągle zimno, bolą mnie plecy i gardło – odrzekł – Ile spałem? – zapytał nieco skrępowany, czy nie robi Marianowi kłopotu.
- Całe popołudnie i noc, teraz jest około dziesiątej – odpowiedział mu Marian, który właśnie zrobił gorącą herbatę ze sokiem z malin.
Podszedł i wziął Szamroka, posadził na stole.
- Tutaj jest śniadanie dla Ciebie, zjedz i popij herbatą. Dodałem soku z malin na przeziębienie – mówił – Nie wiem czy masz temperaturę? Jeśli tak, to dobrze Ci to zrobi, tylko jak zjesz od razu z powrotem pod koc!
Szamrok zjadł kawałek chleba z serem i dżemem. Chętnie napił się herbaty, smakowała mu osłodzona sokiem.

- Skrzaty nie mają temperatury – odezwał się, gdy już przestał jeść – a ja nigdy nie chorowałem. Jakoś chce mi się tylko spać, dobrze, że tu mnie zabrałeś, jest tak ciepło.
- No ja widzę, że na kompana do pogaduszek, to Ty się dzisiaj nie nadajesz! Wypijaj herbatę i szybko myk pod koc! – stwierdził Marian dorzucając drewna do piecyka.

Szamrok zeskoczył ze stołu na stołek i powędrował na „swoje” miejsce, opatulił się kocem i rozejrzał się dookoła. Kota nie było, pewnie poszedł zapolować, a pies sobie spał na swoim legowisku. Patrzył jeszcze przez chwilę jak Marian usiadł i czytał gazetę, ale szybko znużony zasnął.

Gdy obudził sie kolejny raz Marian akurat dawał jeść psu i kotu – była pora obiadu.

- Dobrze, że się obudziłeś, akurat na obiad! Dzisiaj ugotowałem rosół i do tego lane kluseczki – opowiadał Marian – moja mama, gdy byłem dzieciakiem, zawsze mi to robiła na wyzdrowienie. Pewnie i Tobie dobrze zrobi.
Marian nalał porcję dla Szamroka do miski. Szamrok powoli wstał i wspiął się na stół do swojej miski z rosołkiem. Bardzo powoli jadł, jeszcze bolało go gardło, ale rosół miło łagodził to przykre odczucie.

Marian krzątał się, dał też jeść psu i kotu. Po czym usiadł by sobie odpocząć.
- I jak? Smakowało? – zapytał.
- Dziękuję! Bardzo!! – odparł skrzat – Gdy ja byłem mały – kontynuował – no wiesz, jeśli można być mniejszym ode mnie, znaczy jak byłem skrzacim dzieckiem, to mój dziadek gotował krupniczek i bardzo go lubiłem.
- Wychowywał Cię dziadek? – zapytał Marian.
- Tak, my skrzaty mamy naturę wędrowniczą, moi rodzice wybrali się w dalekie strony, a mnie zostawili u dziadka, żebym się uczył.

(oryg. 27.02.2009)

 

Życiorysy

Mariana zaciekawiła opowieść skrzata, przecież tak mało wiedział o życiu tych małych ludków, ba! do niedawna nie wiedział, że istnieją nie tylko w bajkach.

- A czego uczy się skrzat? – zapytał.
- Starsi ze skrzaciego rodu uczą młodych posługiwania się ziołami, tego jakie rośliny, do czego służą, jak się je wykorzystuje w życiu. Uczą o zwierzętach, o ich zwyczajach, o tym których unikać, a innych nie. Opowiadają o swoim życiu i przekazują swoją mądrość następnym pokoleniom – odpowiedział Szamrok.
- Czy skrzaty są długowieczne? Ile Ty masz lat?
- Ja mam 50 lat, ale jestem jeszcze młody, mój dziadek miał 150, ale opowiadał o takich co mają nawet 200! – odpowiedział grzecznie.
- No! No! Ładny wiek, ludzie żyją do stu, a często nawet mniej – podsumował Marian.
- A Ty ile masz lat? – zapytał Szamrok.
- Ja, 57 – odparł.
- No to jesteś młody tak jak ja – wywnioskował Szamrok.
- Taaaak, młody! No niech Ci będzie – odpowiedział z uśmiechem Marian – A może mi opowiesz jak trafiłeś tutaj?
- Gdy skończyłem swoją naukę musiałem z czasem szukać swego miejsca na świecie, tak jak inne skrzaty, jak moi rodzice. Dlatego wybrałem się z tobołkiem i w różnych miejscach bywałem, różne rzeczy robiłem, ale taka już dola skrzatów. Są i takie, które całe życie mieszkają w jednym miejscu, ale to nie dla mnie. Po prostu sobie wędrowałem i tu mi się spodobało, teraz jest tu spokój. Jak będzie zbyt gwarno, za dużo ludzi, to pewnie pójdę dalej… – nie skończył.

- Tutaj troszkę więcej jest ludzi od wiosny i w lato, a od późnej jesieni i przez zimę pustki. Zresztą nawet jak są sąsiedzi, to jest spokojnie, bo raczej dla odpoczynku tu przyjeżdżają – podsumował Marian.
- Aha, to dobrze! – odparł Szamrok, ale zaraz zadał najbardziej nurtujące go pytanie od czasu, gdy zobaczył Sama-Mariana po raz pierwszy – Jak to się stało, że mieszkasz sam na tych działkach? Nie wiem, może jestem zbyt wścibski, ale bardzo mnie to ciekawi.
- To długa historia… – zaczął Marian – a właściwie wcale nie taka długa. Miałem dom i żonę, nie mieliśmy dzieci. Gdy kilka lat temu moja żona zachorowała i potem zmarła, jakoś źle mi było samemu na świecie. Zostałem sam, bez przyjaciół, a jeśli miałem kolegów, to takich, którzy pili. No i jak bywałem z nimi, to i ja piłem. Jakoś nie wiem kiedy straciłem wszystko co miałem, potem pracę i nie miałem się gdzie podziać. A tutaj to trafiłem, bo mój daleki kuzyn ma tą działkę, ale z niej nie korzysta i pozwolił mi tu zamieszkać – popił herbaty i dodał – Jak tu zamieszkałem znalazłem pracę dozorcy na budowie i jakoś sobie radę daję jak widzisz.
- No to dobrze! – odparł Szamrok.

Przy rozmowie czas szybko minął, za oknem zrobiło się ciemno i Szamrok otulony kocem zasnął. Marian pozwolił mu pospać – sen jest dobrym lekarstwem.

(oryg. 02.03.2009)

 

Wszędzie dobrze, a w domu naj…

Pobyt Szamroka u sąsiada bardzo się przyczynił do szybkiego wyzdrowienia. Szamrok rankiem obudził się sam i raźno zeskoczył ze swojego posłania. Marian przygotowywał śniadanie, Szamrok przysiadł się na stole i czekał na to co dostanie tym razem. Był głodny, widać, że wrócił do zdrowia, bo i apetyt powrócił.

- Widzę, że już czujesz się dobrze – stwierdził Marian obserwując pałaszującego twarożek ze szczypiorkiem i kawałeczek bułki Szamroka.
- O! Tak! Już będę mógł wróćić do siebie, czuję się już zdrowy! – odpowiedział z pełną buzią.

Podczas śniadania pogadali jeszcze, ale Szamrok już chciał wrócić do siebie i zobaczyć jak jest na dworzu. Dlatego podziękował Marianowi za opiekę i powędrował do siebie.

Jakież było jego zdziwienie gdy wyszedł na dwór, śniegu było dużo mniej.
- Nie wychodziłem dwa dni i się pogoda zmieniła – myślał – Teraz wiosennie bardziej, śnieg tylko leży w cienistych miejscach. Nie jest źle!

Gdy wrócił do siebie usiadł przy stoliku i sobie myślał o tym, że może słowa Mariana się spełnią. Ludzie tutaj mili i szukający spokoju, to pewnie im taki skrzat jak ja wadził nie będzie. Szamrokowi spodobała się okolica i chyba nie chciałoby mu się znowu wybierać w drogę. Dopiero zaczął się urządzać, a przecież wiosna nadchodzi i dopiero będzie ciekawie. Tymczasem zza okienka słyszał wesołe skrzeczenie srok. Ganiały się po dróżce i przekomarzały na płocie.

- Ot! Hałaśniki jedne! – mruczał pod nosem.

(oryg. 04.03.2009)

 

Kolejowy nasyp

Szamrok dawno się nigdzie nie wybierał, śniegu było za dużo i mróz tęgi, potem choroba. Teraz jednak słonko wesoło świeciło, postanowił pójść na spacer. Wziął swój wędrowny kijek i poszedł na łąkę. Tam niedaleko jeziora jest lasek na wzgórzu i stamtąd ciągnie się stary nasyp kolejowy. Szamrok postanowił przejść po tym nasypie, by zobaczyć jak jego domek wygląda z tamtego miejsca.

Teraz krzewy i drzewa nie mają liści, więcej widać niż wtedy, gdy w końcu nadejdzie wiosna. Wdrapał się stromym podejściem na nasyp, na którym spośród chwastów wyłaniały się stare pokłady kolejowe. Wszystko wskazywało na to, że Marian miał rację opowiadając mu o tym, że kiedyś tamtędy prowadziła do Kokoszek* kolej. Podobno są jakieś plany, żeby na nasyp kolejowy wróciła podmiejska kolejka przewożąca podróżnych na pobliskie lotnisko w Rębiechowie. Miałby Szamrok atrakcję, bo z działki bardzo dobrze widać nasyp, więc i kursujące wagoniki byłyby widoczne.

Gdy tak szedł nasypem widział, że miejscami brakuje torów. Tymczasem doszedł do miejsca, gdzie z nasypu było najbliżej do jego domku. Budka z tej odległości wydała się malutka jak zabawka. Poniżej, przy granicy działek była altanka Mariana, chciał go nawet zawołać. Marian akurat bawił się z psem na ganku. Jednak wołania by nie usłyszał, bo to jednak dość daleko i pewnie głos Szamroka donośny nie jest.

Szamrok pomyślał, że to dobra odległość, bo kolejka gdyby jeździła tędy nie zakłócałaby odpoczynku działkowcom. Szedł tak nasypem i dopiero teraz dostrzegł, że za nim znajduje się wzgórze, na którym są jakieś inne działki z domkami. Z dołu, z jego działki nie było ich widać. Teren tutaj leśno-pagórkowaty dobrze się nadaje na wypoczynek. Z nasypu widział też dobrze panoramę „swoich” działek i dopiero teraz zobaczył jak jest ich dużo. I takie te domki różne: murowane, drewniane, małe i większe. Niektóre zarośnięte, że prawie ich nie widać.

Szamrok w końcu znalazł miejsce gdzie mógł zejść z nasypu i przez wąwóz wrócił z drugiej strony działek, tam gdzie już kiedyś chodził i „czynną dziurą w płocie” powrócił do siebie. Trochę długi był to spacer i czuł się zmęczony, ale mimo wszystko zadowolony z wycieczki.
________________________________
* Kokoszki – nazwa dzielnicy Gdańska.

(oryg. 06.03.2009)

 

Zwiastuny

Szamrok nie mógł się doczekać wiosny, a bardziej tego ciepła, które miało nadejść. Chętnie przyglądał się w ogrodach, czy jakieś wiosenne rośliny już się nie budzą. Patrzył też często na niebo i z daleka widział przelatujące klucze ptaków, choć z daleka trudno było mu rozpoznać jakie to gatunki. W ogrodach po śniegu nie było już śladu, ale dni były wietrzne i rzadko wyglądało słonko.

Gdy tak rozglądał się po działce, zobaczył że prymulki pośród zeszłorocznych, zbrązowiałych liści wypuszczają nowe, młode, zieloniutkie listki i nawet pąki. Bardziej rozwinięty okazał się ciemiernik, ale on nie boi się zimna. Widać było, że pod pokrywą śniegu rośliny tak bardzo nie ucierpiały.

Pewnego dnia, gdy Szamrok siedział sobie na ławeczce obok grila i beztrosko machał nogami usłyszał, że do działki zbliża się jakiś pojazd. Szybko zeskoczył i wolał znaleźć się bliżej swojej budki. Gdy stanął za rogiem większego domku zobaczył, że przyjechał samochód i wysiadło z niego dwoje ludzi – starszy, łysawy pan i jakaś kobieta. Szamrokowi przyszło na myśl, że może to właściciele „jego” działki i wszedł do siebie, pozostawiając tylko dla obserwacji uchylone trochę drzwi. Bacznie obserwował co się będzie działo.

Przybysze otworzyli furtkę do sąsiedniego ogrodu… za zachodnią alejką.
- Uffff!!! To nie moi!!! – z ulgą wzdychał.
A oni, nie zdając sobie sprawy z tego, że są bacznie obserwowani odwiedzali swoją działkę, przeglądali jak wyglądają drzewka i krzewy, oraz inne zimujące rośliny. Usłyszał, że bardzo narzekają na pouszkadzany przez krety trawnik, faktycznie na trawniku Szamrok widział wcześniej chyba z 15 kopców. Na jego działce też ich nie brakowało.

- Teraz ludzie zaczną przyjezdżać na działki coraz częściej. W końcu pewnie poznam i „moich”. Ciekawe jacy są?

(oryg. 09.03.2009)

 

Działkowicze

Nawet nie myślał, że stanie się to tak szybko…

Gdy Szamrok podglądał ze swojej budki co też robią sąsiedzi, nagle usłyszał jeszcze jeden samochód. Z samochodu wysiadło dwoje ludzi i otwierali furtkę do „jego” ogrodu. Witali sąsiadów, pytali co u nich słychać.
- Pewnie dawno się nie widzieli – pomyślał.

Szamrok jeszcze lepiej domknął budkę i szparka pozostała już minimalna.

Mężczyzna przeszedł całą długość działki, rozejrzał się, po czym otworzył kłódkę u drzwi do domku. Kobieta chodziła dookoła działki i pochylała się tam, gdzie rosną jakieś byliny i krzewy. Pewnie sprawdzała jak przezimowały. Mężczyzna się przebrał i zabrał do pracy. Zbierał ziemię z kretowisk do wiadra i zanosił na większy kopiec ziemi przy płocie. Gdy się z tym uporał, zabrał się do grabienia trawnika. Kobieta przeglądała drzewka i krzewy, chodziła z sekatorem i przycinała uszkodzone gałązki. Potem całkiem blisko szamrokowej budki przycinała spory już czerwony krzew derenia. Szamrok bał się pokazać ludziom, ale czuł, że wcześniej czy później się to stanie.

Gdy jednak ludzie byli odwróceni od miejsca w którym się znajdował, schował się w 20 centymetrową lukę między domem i budką. Było tam kilka desek, więc nie było widać, że ktoś tam siedzi. Stamtąd mógł dalej obserwować co się dzieje.

W pewnym momencie mężczyzna, podszedł do jego budki. Od razu mu coś nie pasowało… Budka nie była zamknięta na agrafkę. Otworzył ją i jakie było jego zdumienie, że budka była „urządzona”. Zawołał kobietę. Pochylali się oboje i zastanawiali co to może znaczyć.
- Chyba mamy lokatora – powiedziała.
- Jakiś mały musi być, bo i sprzęty maleńkie – powiedział mężczyzna.
- Ale teraz nikogo tu nie ma chyba? Sprawdź za wiaderkami! – dodała.
Za wiaderkami nikogo nie było.
- Wiesz, zostawmy to, teraz bedziemy przyjeżdzali częściej, to się w końcu dowiemy, kto tu mieszka – powiedział mężczyzna – Na działce porządek, szkód nie ma, to może jakiś dobry duch – dodał.
Kobieta poszła do domku i za chwilę wróciła by położyć w budce jakieś zawiniątko.

Oboje powoli skończyli swoją pracę. Kobieta na koniec chodziła i robiła zdjęcia aparatem. Potem schowali narzędzia, zamknęli domek i pojechali. Wkrótce także sąsiedzi wyjechali.

Szamrok znowu został sam. Wygrzebał się zza desek i poszedł do budki. Był ciekawy co tam zaniosła kobieta.
Na jego stoliku leżało zawiniątko a w nim garść cukru i … kokosowe ciasteczka!!!

(oryg. 11.03.2009)

 

Wypad na zakupy

Szamrok z jednej strony był zadowolony, że się ludziom nie pokazał, z drugiej – nie bardzo – w końcu przecież był ciekaw jacy są i czy go zaakceptują. Pozostawione ciasteczka i cukier stanowiły jednak wskazówkę, że się jego obecności domyślają i… ją akceptują. Szamrok z tej okazji naparzył sobie ziołowej herbatki i siedział rozkoszując się smakiem kokosowego ciastka.

Gdy tak sobie siedział do drzwiczek ktoś zapukał. Szamrok w pierwszej chwili pomyślał, że wrócili… To jednak był Marian.
- Hej! Szamrok, co tam u Ciebie?! Widziałem, że byli właściciele działki. Zauważyli Ciebie?! – pytał z ciekawością.
- A! Cześć!! To Ty! – odpowiedział Szamrok – Tak, byli tutaj, ale schowałem się za drewnem. Chyba się domyślają, że tu jestem, bo kobieta zostawiła mi cukier i ciasteczka.
- No to chyba nic Ci nie grozi – powiedział Marian – możesz im się spokojnie pokazać.
- Masz rację, już się nie będę chował – podsumował Szamrok.
- Przyszedłem zobaczyć, czy u Ciebie w porządku, ale też idę na spacer i do sklepu. Może wezmę Cię do kosza na rowerze?
Szamrok chwilkę się zastanawiał, ale propozycja wycieczki rowerem spodobała mu się.

Marian usadził go do kosza na zakupy, a piesek wesoło podskakiwał i sprawdzał czy Szamrokowi wygodnie. Powoli Marian prowadził rower. Wyjechali z działek w kierunku lasu i osiedla. Tam jest sklep.
Z perspektywy roweru świat wyglądał nieco inaczej, Szamrok nie czuł się taki mały i bezbronny.

- Może potrzebujesz coś? Mogę Ci kupić – zapytał Marian.
- Ja?! Ja właściwie niewiele potrzebuję – odpowiedział Szamrok – Ale przydałby mi się miód, odpowiedział nieśmiało.
- Dobrze, mogę Ci kupić miód.

Szamrok się rozglądał dookoła i szybko dotarli do sklepu. Marian wziął kosz z Szamrokiem, a psa pozostawił koło roweru. Weszli do środka.

(oryg. 16.03.2009)

 

Sklep

Szamrok nie mógł się nadziwić, że w takim malutkim sklepiku upchane jest aż tak dużo towarów. Regały od sufitu do podłogi, uginające się pod ciężarem słoików, słoiczków, butelek i puszek. Jakie mnóstwo pieczywa, bułki, chlebki, całe i pokrojone! Szamrok nie był nigdy w takim sklepie, więc było to dla niego nowe przeżycie. Marian kupował rybki w puszce – sardynki, bochen chleba, cukier, ser żółty i topiony. Potem herbatę i kawę, szukał też miodu dla Szamroka i znalazł w małym słoiczku miód gryczany, ciemniejszy od lipowego. Było na nim napisane, że jest prawdziwy.

Gdy podeszli do sprzedawczyni ona obejrzała wszystkie produkty i wystukała palcem coś na dziwnym pudełku z guzikami. Później Marian tłumaczył Szamrokowi, że jest to kasa, która liczy ile trzeba zapłacić za produkty. Sprzedawczyni dostrzegła skrzata w koszu Mariana, ale nie była pewna, czy to zabawka, czy żywy człowieczek. Nie zapytała Mariana, pewnie nie miała śmiałości. Marian zapłacił i zabrał wszystko do koszyka, wyszli ze sklepu.

Marian wszystko umocował na rowerze i pojechali dalej… do sklepu mięsnego. W sklepie mięsnym wisiały piękne kiełbasy i szynki, ale skrzat nie wyrażał specjalnego zainteresowania. Co tu dużo mówić, używał raczej słoninki czy boczku dla okrasy, ale mięsa za wiele w życiu nie jadł. Patrzył jednak jak jego sąsiad robi zakupy.

- Co dzisiaj planujesz na obiad? – nagle zapytał.
- Dzisiaj sobie usmażę kiełbaski, do tego ziemniaczki i jakaś surówka – może z kapusty kiszonej – odpowiedział Marian – Jeśli masz ochotę, możesz do mnie przyjść.
- Na ziemniaczki i surówkę z niewielkim kawałkiem kiełbaski, chętnie – zgodził się Szamrok.

Pojechali jeszcze do sklepu z warzywami i Marian zakupił woreczek ziemniaków, kiszoną kapustę i kilka marchewek. Gdy już kosz i siatka się wypełniły Marian pojechał drogą prowadzącą do lasu i działek, a piesek radośnie pobiegł za nimi.

(oryg. 18.03.2009)

 

Poobiednie pogaduszki, cz. 1

Jako się rzekło, Szamrok przyszedł na obiad do sąsiada. Marian jak zwykle gościnnie wskazał ulubione miejsce Szamroka przy piecu i dał mu miskę z ziemniaczkami, surówką i kawałeczkami smażonej kiełbasy. Smakowało mu, jak zwykle u Mariana.

Po obiedzie posiedzieli i pogadali sobie przy herbatce. Marian, choć na ogół nie był wielkim gadułą, to jednak chętnie rozmawiał z Szamrokiem. Co się tu dużo dziwić, wiedział jak nietypową postać jest dane mu poznać i był go niezwykle ciekaw.

- Fajnie tu posiedzieć u Ciebie przy piecu, ciepło i obiad smaczny jak zawsze – zaczął Szamrok – Dziękuję!
- Nie ma za co – rzekł Marian – Jak Ty tak długo po świecie wędrujesz, to pewnie wiele ciekawych rzeczy widziałeś. Może coś mi opowiesz z tych swoich historii?
- Hmmm… – zastanawiał się drapiąc po brodzie Szamrok – Co by Ci opowiedzieć? W wielu miejscach bywałem, mieszkałem w starym zamku, stadninie, u starego kolejarza, u gospodarzy. Chyba wieś lubię najbardziej, lubię przebywać na powietrzu, wśród roślin i zwierząt.
- Na zamku? Na jakim zamku? Opowiedz o zamku – zagadywał Marian.
- Trafiłem kiedyś do Malborka. O wielkim krzyżackim zamku opowiadał mi dziadek. Jest tak wielki, że łatwo się w nim zgubić dorosłemu człowiekowi, a co dopiero takiemu skrzatowi jak ja – zaczął Szamrok – Trafiłem tam, gdy gospodarz u którego mieszkałem wybrał się do Malborka, by załatwić swoje sprawy urzędowe. Ja poszedłem zwiedzać zamek, który widziałem już  jak tylko wjeżdżaliśmy mostem kolejowym nad Nogatem. Wyglądał majestatycznie na tle tafli rzeki. Byłeś kiedykolwiek na zamku w Malborku? – zapytał.
- Tak, byłem z wycieczką szkolną – odparł Marian – Zrobił na wszystkich wrażenie: wysokie grube mury, zakamarki, zimne komnaty, czy diabełki wskazujące drogę do ubikacji, nas dzieci to bardzo bawiło.
- Na początku poszedłem zwiedzać zamek za pewną wycieczką szkolną – kontynuował Szamrok – Przewodnik ciekawie opowiadał o nim, zwiedzaliśmy starą kuchnię, różne komnaty i dziedzińce, wystawy muzealne i wielkie sale. Gdy dzieciaki miały przerwę na odpoczynek poszedłem sobie zajrzeć za jedne małe drzwiczki…
- I co było dalej? – zapytał Marian.
- Za tymi drzwiczkami z kutymi zawiasami była pochylnia, która prowadziła w czarną przepaść, niczym czarna dziura. Było jednak tak ciemno – ciągnął dalej Szamrok – że nie widziałem co tam jest, poślizgnąłem się… i wpadłem. Potoczyłem się bezładnie, za nic nie mogłem niczego złapać, by się zatrzymać. Spadłem na samo dno i nieźle się potłukłem. Co gorsze, nie wiedziałem gdzie jestem!

(oryg. 25.03.2009)

 

Poobiednie pogaduszki, cz. 2

- Wśród prawie egipskich ciemności zacząłem po omacku sondować, gdzie się znajduję – kontynuował Szamrok – Jednak nie mogłem poza starymi kamiennymi, nierównymi ścianami nic odnaleźć. W końcu natknąłem się na jakąś pustą skrzynkę. Usiadłem sobie na niej i czekałem, co będzie dalej. Na wdrapanie się tam, skąd spadłem, nie było nawet szansy, gdyż nie było wcale widać gdzie jest ta dziura.
- No to Ci się trafiło! Ukarana ciekawość, ha ha! – zaśmiał się Marian.
- Nie wiem ile czasu tam spędziłem, ale pewnie kilka godzin. Z nudów ułożyłem się na skrzyni i zasnąłem. Po jakimś czasem obudziły mnie odgłosy kroków i jakiś głos. Zaskrzypiały ciężkie drewniane drzwi i do pomieszczenia wpadł snop światła. Z niego wyłonił się człowiek. Był nim stróż. Starszy, nieco zgarbiony człowiek. Przyszedł po węgiel. Okazało się, że spadłem specjalnym tunelem do wrzucania węgla. Byłem czarny jak ten węgiel. Stróż zauważył mnie i nie wykazał wielkiego zdziwienia, pewnie w tym zamku widział już niejedno. Nabrał węgla do węglarki i wskazał mi, którędy mam wyjść. Poszedłem za nim.
- To on wcale wielkiego szoku nie doznał, jak zobaczył skrzata… I co było dalej? – zapytał Marian.
- Zaprosił mnie do pomieszczenia, w którym pomieszkiwał będąc w pracy. Było tam trochę sprzętów: stół, krzesła, kanapa i kilka szaf, piecyk i jakaś kuchenka. Pokazał mi miejsce na kanapie i poczęstował gorącą herbatą i kawałkiem drożdżówki. Przez tę przygodę z dziurą, niezgorzej zgłodniałem. Potem pokazał mi małą łazienkę w korytarzu. Musiałem się umyć i ogarnąć. Wytrzepałem swoje wdzianko, ale koszulę i spodnie trzeba było wyprać. Dał mi ręcznik, żebym miał się czym okryć i wyprałem wtedy swoje rzeczy. Wiadomo, że nie mogłem wyjść z zamku, zostałem więc u stróża.
- Okazało się – ciągnął dalej Szamrok – że spędziłem u niego dwa lata. Pomagałem mu, byłem towarzyszem gdy trzeba było robić obchód. Ponieważ jestem mały znajdowałem często jakieś zgubione przez zwiedzających przedmioty. Stróż miał słabszy wzrok i nie wszystko widział, więc byłem mu przydatny. Zaprzyjaźniliśmy się. Ja z kolei miałem dach nad głową, ciepło i wyżywienie, było mi tam dobrze.
- Dlaczego tam nie pozostałeś? – zapytał sąsiad.
- Po tych dwóch latach pewnego razu stróż wyszedł na dziedziniec, bo miał otwierać bramę i tam zasłabł. Wezwano pogotowie i potem długo nie wracał. Na jego miejsce przyszedł jakiś inny człowiek, a ja nie chciałem mu zawadzać i wyniosłem się z zamku.
- Nie wiesz co się stało ze stróżem?
- Mówili, że po wyjściu ze szpitala wrócił do swojej rodziny. Nie mógł już wrócić do pracy – odpowiedział smutno Szamrok.
- Chyba się do niego przywiązałeś przez dwa lata współnego mieszkania?
- Owszem, stróż był spokojnym, małomównym człowiekiem, dobrze nam się razem mieszkało – odpowiedział.

Trochę się zamyślił, więc Marian nie podejmował tematu. Zdawało mu się, że Szamrok wspominał w duchu swój pobyt na zamku w Malborku i że ma miłe wspomnienia. Dołożył do pieca i wstawił czajnik by zrobić herbaty.

(oryg. 27.03.2009)

 

Kicek

Szamrok coraz więcej czasu spędzał na powietrzu, wolnymi krokami przychodziła w te okolice wiosna. Jeszcze parę dni temu leżało 20 cm śniegu, a krokusy zaczęły wychodzić na słonko. Coraz częściej na działki przyjeżdżali ludzie i skrzat mógł się im spokojnie poprzyglądać. Coraz częściej towarzyszył mu w tym kot Mariana, zwany Kickiem z powodu swojego dziwnego, zajęczego skakania. Na początku, jak pamiętacie, Szamrok trochę się go obawiał, jednak już się tak przyzwyczaił do zwierząt Mariana, a i one do niego, że nie bał się o siebie. Kiedyś, dawno temu zadrapał go kot, więc Szamrok w tym temacie był niezwykle ostrożny. Kiedyś z daleka wydawało mu się, że kot jest czarny, ale jak go zobaczył u Mariana z bliska okazał się prawdziwym, pręgowanym niczym tygrys kotem.

Mówi się, że koty chadzają własnymi drogami, Kicek jednak był niezwykle towarzyski. Być może nauczył się tego od Mariana, który od małego zabierał go na spacery, podobnie jak później swojego psiaka. Zresztą gdy tylko Szamrok cokolwiek robił w ogrodzie, to kot-towarzysz wszędzie był o krok za nim.

Pewnego dnia poszli na krótki spacer po działkach, Szamrok ze „swoim” przybocznym kotem Kickiem. Problem tylko w tym, że Kicek w pewnym momencie się przestraszył jakiegoś psa i myk – dał nura na jedną działkę. Szamrok dłuższą chwilę chodził wzdłuż ogrodzenia, ale Kicek nie wracał. To zaniepokoiło Szamroka. W końcu usłyszał jakieś błagalne miauczenie…

Znalazł dziurę w płocie i wszedł do ogródka. Zza domku dobywał się miaukliwy głos kota. Szamrok poszedł za dom i tam zobaczył Kicka zawieszonego w zaplątanej sieci nad beczką z deszczówką. Okazało się, że jak Kicek wpadł w popłoch, skoczył z dachu na dół i wpadł prosto w sieć, rozpiętą z pewnością przez kogoś jako osłona przeciw ptakom. Sieć była po zimie częściowo oderwana i na tyle luźna, że spadający kot zawinął się w nią niczym w kokon. Tylko między oczkami sieci wystawały bezładnie dwie jego łapki. Gramolił się i miauczał, ale wydostać się nie mógł. Szamrok po pierwsze nie mógł się tam dostać, a po drugie nie miał czym przeciąć sieci. Postanowił wezwać Mariana na pomoc.

Poszedł szybko do niego i opowiedział o Kicku w jakie tarapaty się zaplątał. Marian ubrał kurtkę, wziął nóź i poszedł za Szamrokiem. Musiał niestety wejść na cudzą działkę, no ale przecież musiał ratować swojego kota. Gdy go zobaczył oplecionego siecią, najpierw się roześmiał, a potem zaczął wyplątywać. Kicek wcale mu w tym nie pomagał, bo miotał się nerwowo, ale w końcu udało się go wyjąć bez przecinania sieci. Marian postawił go na ziemię i pogroził palcem, by ten nie skakał, gdy nie widzi dobrze na co skacze. We trójkę wrócili do siebie rozmawiając wesoło o przygodzie niesfornego Kicka.

(oryg. 30.03.2009)

 

Słonecznie i ciepło

Z dnia na dzień pogoda była coraz lepsza. Było coraz cieplej, dzień coraz dłuższy, słonko pojawiało się coraz częściej. Były takie dni, gdy Szamrok wchodził na daszek swojej budki i w zaciszu, bo domek osłaniał go od wiatru, mógł się powygrzewać na słonku. Właściwie całe dnie Szamrok spędzał na powietrzu. Wokół powoli wybijały spod ziemi roślinki. Koło jego budki są posadzone prymulki i mają już zieloniutkie listki. Także obok rosnie krzaczek forsycji, której pąki robią się coraz większe, pewnie niedługo będzie kwitła. Obok prymulek z ziemi mozolnie wydostają się zielone czubki cesarskich koron. Szamrok  podziwiał je jako kwiaty, ale bliska ich obecność obok jego domu wcale go nie cieszyła.

- Będzie mi tu niezgorzej śmierdziało – burczał pod nosem, gdy się zorientował co tam wyrasta – Dobrze, że one dość szybko wyrosną i przekwitną, bo bym nie zdzierżył takich sąsiadek!
Chodził niczym gospodarz po działce i zgadywał co to za rośliny. Powoli coraz więcej rozpoznawał. Budzą się na wiosnę, wypuszczają listki, wtedy można je poznać. Szamrok zresztą dość dobrze zna się na roślinach, przecież uczył się od swojego dziadka. I choć najbardziej interesowały go zioła, to znał wiele nazw. Cieszył się, że nieopodal domku rośnie szałwia, macierzanka i oregano, bo będzie miał świeże zioła na bieżąco. Zresztą pewnie okaże się, że jest ich więcej, tylko teraz jeszcze nie wszystko widać. Troszkę dalej rosną lawendy, to będzie też ładnie pachniało. Szamrok powoli wyobrażał sobie, że tutaj może się bardzo dobrze urządzić.

Koło jego budki rosną dwa szczepione krzaki agrestu i już mają piękne, ciemnozielone listki. W innej części ogrodu rosną porzeczki, aronia, jabłonka, śliwa i grusza. Będzie więc nieco owoców. Zresztą owoce można znaleźć wszędzie, dla Szamroka nie potrzeba wiele, jest przecież mały. Nie ma w tym ogrodzie warzyw, ale pomyślał, że dostanie zawsze co nieco od Mariana. On na swoje potrzeby ma kilka grządek warzywnika.

Szamrok najbardziej lubił właśnie wiosnę, bo wszystko się budzi do życia. Także lato, bo jest cieplutko i przyroda wtedy wygląda najlepiej – kwitną całe masy kwiatów. Coraz częściej działkowcy przyjeżdżają na swoje działki, ruch się zrobił, jest co obserwować. Obiecywał sobie, że pewnie pozna więcej osób. Wbrew pozorom nie uważa się za odludka, lubi towarzystwo ludzi jeśli tylko nie stresują się obecnością skrzata.

(oryg. 02.04.2009)

 

Bez prądu

Wieczorami zawsze na działkach jest spokój, ale Szamrok lubi czasem wieczorem się przejść lub chociaż powyglądać przez foliowe okienko. Zawsze wtedy widywał światło w altance Mariana, jednak akurat teraz nie było widać światła… Trochę się zmartwił, ale postanowił rano sprawdzić co się stało.

Jak postanowił tak zrobił, rano po śniadaniu wybrał się na spacer i do Mariana. Gdy dotarł do jego ogródka piesek bawił się na ganku, a kot leniwie spojrzał z poręczy. Marian w głębi ogrodu grabił liście.

- Cześć! Widzę, że się wziąłeś za wiosenne porządki! – przywitał się Szamrok.
- Cześć! Cześć! Ano wziąłem się, nie bardzo mam co innego do roboty – jakoś smutno odpowiedział Marian.
- Zauważyłem wczoraj, że nie pali się u Ciebie światło? Coś się popsuło? – pytał Szamrok.
- Ano się nie pali… – wątpiąco odpowiedział Marian – Wczoraj elektryk odciął mi prąd.
- No, ale dlaczego?
- Uzbierało się sporo nieopłaconych kilowatów i musiał odciąć, Zarząd podjął taką decyzję – odpowiedział smutno.
- No i co zrobisz? – oczy Szamroka robiły się coraz większe ze zdziwienia.
- Za parę dni dostanę emeryturę i będę musiał zapłacić, wtedy znowu mi włączą – odpowiedział.
- Hmmm, to poważna sprawa. Poradzisz sobie bez prądu? – martwił się Szamrok.
- Muszę, ciepło będę miał z piecyka, trochę światła ze świec i lampki oliwnej, tyle że bez radia to nudno trochę samemu siedzieć – odpowiadał na wątpliwości skrzata – Muszę się nauczyć płacić mniejsze kwoty, ale na bieżąco. Sytuacja powtarza się ciągle, nawet jak pracowałem i miałem więcej pieniędzy, to jakoś zawsze potrzebowałem na coś ważniejszego.
- Pewnie masz rację, ale poradzisz sobie – pocieszał go Szamrok – Jeśli chcesz mogę przyjść wieczorem, pogadalibyśmy zamiast Twojego radia.
- No to jesteśmy umówieni, wpadnij wieczorem! – zaprosił Marian.

Szamrok poszedł raźnym krokiem na spacer.

(oryg. 07.04.2009)

 

Wspólna praca

Coraz częściej na działkach pojawiali się ludzie. Nie dziwiło to Szamroka, bo wiosna zaczęła się na dobre. Kwiecie zaczyna kwitnąć i dodawać koloru brunatnej – po zimie – rzeczywistości. Nawet trawnik stał się jakby nieco bardziej zielony, niż jeszcze parę dni temu.

W sobotę była tak piękna pogoda, prawie jak latem. Na działkach wokół sąsiedzi ostro wzięli się za prace. U jednych, między budką Szamroka a działką Mariana, spory hałas spowodowany jakimś remontem domku.

Niedziela jednak okazała się już nie taka piękna, jakby to zapowiadała pogoda sobotnia. Rano nadjechał samochód i Szamrok szybko się zorientował, że to „jego działkowcy”. Wypakowywali z samochodu worki z ziemią i korą, oraz rośliny w doniczkach. Z samochodu wyszedł także pies, rudy i wesoły, biegał po całej działce jak szalony. Trochę też obwąchiwał teren, co zaniepokoiło skrzata.

Szamrok ostrożnie obserwował ich przez szparę, do czasu aż kobieta podeszła blisko jego budki. Obok przecież rosną na rabatce różne rośliny, w tym szachownice, które niedługo zakwitną. Szamrok zdecydował się wyjść i pokazać swoim gospodarzom. Powoli otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz i powiedział:

- Dzień dobry, Pani!
- Dzień dobry – odpowiedziała – Widzę, że się odważyłeś w końcu pokazać.
- No! – odpowiedział Szamrok.
- Chodź tu Tadeusz! Poznaj naszego lokatora! – zawołała kobieta – Jestem Daniela, a to mój mąż Tadeusz.
- Bardzo mi miło – odpowiedział kłaniając się Szamrok – A mnie nazywają Szamrok.

W tym momencie podbiegł do nich pies, a Szamrok cofnął się gwałtownie, niepewny co się stanie.

- Nie bój się! To Dora! Ona nic Ci nie zrobi, jest tylko ciekawa co to za nowa osoba - powiedziała Daniela.
- No to teraz Ty tutaj gospodarzysz jak nas nie ma?! – stwierdził z przekąsem Tadeusz – Właśnie przyjechaliśmy trochę popracować, posprzątać i posadzić trochę nowych roślin. Mam nadzieję, że trochę nam pomożesz.
- Pewnie! Czemu nie! – odpowiedział zadowolony z tego jak został przyjęty przez gospodarzy.

Kilka godzin pracowali, grabili i zbierali obumarłe części roślin. Szamrok pomagał jak umiał, silny nie jest i dużo dźwigać nie dałby rady, ale poradził sobie przy sadzeniu krzewów. Starał się być przydatny. Podczas przerwy na kawę dostał do picia sok pomarańczowy i ciastka. Czuł się dobrze w towarzystwie swoich gospodarzy.

Po południu gospodarze spakowali się, pożegnali i pojechali do swojego domu.

(oryg. 09.04.2009)

 

Co tam u sąsiada?

Szamrokowi trochę się nudziło, po świętach nikt nie przyjeżdżał. Jego gospodarze wyjechali na weekend, ale Daniela pozostawiła pewne zapasy, więc nawet specjalnie nie musiał się martwić o zdobycie jedzenia.

W tygodniu po sąsiedzku troszkę było prac porządkowych, grabienie trawnika i palenie liści. Szamrok chodził po ogrodach i sprawdzał co gdzie rośnie. Coraz więcej roślin zaczynało kwitnienie, no i pojawiały się młode listki na krzewach i drzewach. Gdy tak chodził na spacery zajrzał któregoś dnia do Mariana.

- Cześć! – zawołał do Mariana, gdy go zobaczył w ogrodzie.
- Cześć skrzacie! – odpowiedział sąsiad.
- No i jak tam u Ciebie? Poradziłeś już sobie ze sprawą prądu? Masz światło w domku? – zapytał.
- Tak! Jakoś uzbierałem pieniążki, trochę pożyczyłem od kumpla i zapłaciłem. Zaraz mi elektryk podłączył prąd – odpowiedział zadowolony Marian.
- No to dobrze – ucieszył się Szamrok – Któregoś dnia widziałem takiego pana z rowerem i torbą ze skóry, coś tam robił w prądowej skrzynce. To pewnie był elektryk?
- Tak, tylko on może otwierać tę dużą szarą skrzynkę, która jest koło Twojej działki – dopowiedział ciekawskiemu skrzatowi  – Dobrze, że przyszedłeś, opowiedz jak tam było w święta? Widziałem, że był spory ruch na działkach.
- Tak byli moi działkowicze i mieli gości, było dość wesoło, no i pogoda dopisała – odpowiedział zadowolony skrzat – Daniela zostawiła mi zapasy: ser, chleb, cukier, dżem i jabłka. No bo oni na weekend pojechali gdzieś odpocząć. Ale już w tym tygodniu będą znowu.
- No to dobrze, że o Ciebie też dbają – podsumował Marian – pewnie teraz częściej będą bywać, bo już coraz cieplej, a i pracy w ogrodzie jest sporo.

Marian wskazał gestem Szamrokowi miejsce na stołku przy stoliku na ganku.
- Siadaj i ja mogę Cię poczęstować dzisiaj ciastem i herbatą!
- O! To trafiłem na drożdżówkę! – zawołał uradowany Szamrok i szybko się wdrapał na stołek.

Siedzieli sobie tak na ganku, a słońce ładnie już świeciło i grzało. Kot wylegiwał się na poręczy i nawet nie patrzył w stronę ciasta, ale psina merdała ogonem i podskakiwała do Mariana kolan, żeby dał choć kawałeczek.

(oryg. 20.04.2009)

 

Dół

W ogrodach działkowych stawało się coraz rojniej. Pogoda dopisywała, więc działkowcy przyjeżdżali częściej. Szamrok dużo spacerował dróżkami i przyglądał się co też robią ciekawego.
Jak to na wiosnę sporo jest prac ogrodniczych: pielenie, sadzenie, kopanie i wiele innych. Jednak niedaleko działki Szamroka jest kilka nowych działek, a raczej objętych przez nowych działkowiczów. Jest tam duży ruch, bo chcą jak najszybciej zagospodarować swoje włości. Na innych z kolei trwają budowy czy modernizacje domków, a to bardzo ciekawe tak się przyglądać.

Nawet na działce Szamroka trwały rozmaite prace. Ostatnio było bardzo gwarno, bo wykopywano ogromny dół na szambo. Z tego powodu wszyscy sąsiedzi zaglądali z ciekawością. Wielki dół kopał Tadeusz wspólnie ze Sławkiem, narzeczonym jego córki. Jednak to kopanie nie było taką prostą sprawą, zbite gliniaste podłoże niełatwo poddawało się szpadlowi. W końcu Daniela zdobyła od dalszych sąsiadów olbrzymi kilof i dopiero z jego pomocą udało im się przekopać przez zbite warstwy gliny. Tę z kolei wywozili na zmianę taczkami na środek placu budowy domku.

Najbardziej podobało się Szamrokowi to, gdy tylko sąsiad zobaczył, że zbiornik jest wstawiany do dołu od razu przeskoczył przez płot i pomógł na linach spuścić go w dół. Szamrok był tak ciekawski i się wychylał, że omal nie wpadł po śliskiej glinie do dołu za zbiornikiem. Złapał się za krzaczek agrestu, całe szczęście, że w miejscu gdzie nie ma kolców!!

Kolejny etap i kolejny dzień, to było zasypywanie zbiornika i wyrównanie terenu. Co z tego jak na placu budowy domku leży teraz sterta gliny, wydobytej z dołu. Ale z pewnością zostanie stamtąd usunięta, tyle że bardzo dużo jej.

Szamrok już się nie mógł doczekać co się będzie dalej działo.

(oryg. 08.05.2009)

 

Mały „pomocnik”

Szamrok właściwie nie wiedział czemu miało służyć to zamieszanie z dołem i zbiornikiem. Nigdy takiej roboty nie widział, więc ciągle zaglądał podczas pracy i się pytał. Gdy w następnym tygodniu Daniela z mężem przyjechali na działkę z samochodem załadowanym różnościami, Szamrok kręcił się za Tadeuszem, który przenosił rzeczy. Z jednej strony doglądał rozładunku, z drugiej był po prostu ciekaw, co się teraz dalej będzie działo?

No, ale jak zwykle po przyjeździe, Daniela rozpoczęła od zrobienia kawy dla Tadeusza. Przy okazji ciekawski Szamrok mógł liczyć na ciasteczko. Tym razem był to biszkopcik z galaretką wiśniową polany z jednej strony czekoladą. Mniam!

Potem wzięli się do pracy, no z wyjątkiem skrzata, bo ten chodził, zaglądał do rur i rurek. Bardzo mu się te wszystkie przedmioty podobały. Gdy Tadeusz zabrał się za pracę zaczął mu Szamrok zadawać masę pytań, a do czego to, a na co, a jak to będzie działać? Z początku odpowiadał mu spokojnie na pytania, z czasem jednak, gdy za bardzo go zmęczył, gospodarz spojrzał na niego wymownie i skrzat zamilkł. Wiedział już, że będzie to toaleta i zostanie połączona z wielkim zbiornikiem zakopanym w dole.

Szamrok starał się nie zamęczać pytaniami, ale po pewnym czasie nawet podał jakieś potrzebne rury czy narzędzia, co przepełniło go dumą. Polubił te wspólne dni z gospodarzami, bo wtedy na działce zawsze działo się coś ciekawego. Gdy na koniec Tadeusz odkręcił wodę i pokazał mu jak działa spłuczka, Szamrok już wiedział o co było tyle zachodu.

Potem jeszcze Tadeusz zakopywał resztę instalacji w ziemi i wyrównywał teren. A że padał deszcz, glina stała się śliska, to Szamrokowi udało się nieźle pobrudzić. Ale oczywiście musiał wszystko widzieć!

(oryg. 11.05.2009)

 

Praca i wypoczynek

Życie na działkach płynęło wartko. Codziennie było coś ciekawego do obejrzenia. Szamrok kładł się spać zmęczony, tak go te wszystkie „ciekawostki” absorbowały. Pewnego dnia postanowił sobie poleniuchować i nigdzie nie chodzić. Rankiem nie wstał jak zwykle, tylko… przewrócił się na drugi bok. Jakoś jednak nie mógł dalej spać. W końcu łóżko jakby go „bodło” w boki i wstał leniwie. Zaparzył sobie ziółek, troszkę pojadł chleba i poczuł się od razu lepiej.

Gdy na działkę przyjechali gospodarze, Szamrok całkiem zapomniał o lenistwie. Zauważył, że przy Tadeuszu to się nie da poleniuchować, sumienie by „zagryzło”. Gdy się rozłożyli, napili wspólnie kawy, przy której skrzat dostał swoje ulubione ciasteczko maślane, przyjechał samochód dostawczy z materiałami budowlanymi.

Tadeusz nie dopił kawy, poszedł i odstawił część boczną ogrodzenia, dla wyładunku. Szamrok nawet nie zauważył kiedy gospodarz zdemontował przęsło. Na samochodzie były bloczki cementowe i zaprawa murarska. Zaczęło się noszenie ich na plac. Szamrok nawet nie miałby szansy takiego bloczka podnieść, więc tylko patrzył jak Tadeusz pracuje. Potem usłyszał, że te niepozorne bloczki ważą w sumie półtora tony! Do tego jeszcze worki z zaprawą. Tym bardziej rósł jego podziw dla gospodarza. Nawet szybko się udało rozładować i dostawca odjechał.

Tadeusz potem założył ponownie przęsło płotu na miejsce i przykręcił śruby. Skrzat plątał się pod nogami i próbował pomagać przynajmniej tym, że podawał narzędzia. Po takim wyładunku trochę przerwy na dopicie kawy i kolejne ciasteczko dla Szamroka.

Ledwie trochę odpoczęli zaczął padać ulewny deszcz. Tadeusz szybko musiał schować worki z zaprawą, by nie zamokły. No i co tu robić jak leje z nieba? Siedzieć i czekać jak przestanie! Jednak nie trzeba było długo czekać, gdy przyjechał kolejny samochód. Tym razem ze znajomymi, którzy jak się okazało przyjechali na grilla. Zabawnie wyglądało jak Daniela stała przy grillu z parasolką i pilnowała jak piecze się mięso. Zapachy jak zwykle rozprzestrzeniały się i zapowiadało się smakowite jedzonko: białe kiełbaski grillowe i „skrzydełka diabełka” przygotowane przez gospodynię oraz karkóweczka przywieziona przez gości. Do tego pełna miska sałatki i chlebek – mniam! Szamrok pierwszy zasiadł na ławeczce i próbował tych pyszności.

Przy rozmowach miło płynął czas i szybko nadszedł chłodny wieczór.

(oryg. 20.05.2009)

 

Matuleńka

Szamrok zadomowił się w nowym miejscu. Bawiło go, że Daniela z jego powodu zaczęła swoją działkę nazywać Szamrokowo. Tym bardziej, że Tadeusz powiedział kiedyś – Widzisz, a nie wiedziałaś jak nazwać działkę, teraz już chyba wiesz!

Jednak, mimo tego zadomowienia i zaprzyjaźnienia się ze wszystkimi, wspominał swoich. Ze szczególnym sentymentem  swojego dziadka, który właściwie go wychował. Bardzo czule wspominał także swoją matkę. Zawsze, gdy rodzice wracali z dalekich podróży, mama przywoziła mu egzotyczne pamiątki. Najczęściej były to jakieś drobne przedmioty codziennego użytku, amulety, o których potrafiła długo opowiadać skąd są, co znaczą. To także mama przynosiła mu książki, to ona mówiła mu: Synku, warto się uczyć!

Matuleńka była jego pierwszą nauczycielką, to ona nauczyła go mówić i później czytać, dbać o siebie, gotować, przygotowywać zioła. Najbardziej pamiętał jej mądre i czułe spojrzenie oraz to, że tak lubił być przez nią przytulany. Wspomnienia wcale nie jakieś niezwykłe, ale robiło mu się ciepło na sercu, gdy sobie o tym rozmyślał. Przypominając sobie matkę postanowił za jakiś czas wybrać się w strony, z których pochodzi, by odwiedzić swoją rodzinę. Bez niej nie byłby przecież takim odważnym i samodzielnym skrzatem, jakim jest. Żadna „ludzka” znajomość, czy przyjaźń nie była w stanie zastąpić Szamrokowi rodziny, szczególnie matki. Choć miał już tak wiele lat, w świecie bywał, wiele widział, ciągle czuł się ukochanym, jedynym synkiem.

(oryg. 26.05.2009)

 

W nadwodnym świecie

Szamrok często chodził na spacer nad staw. Pływające tam ptactwo się go wcale nie obawiało, był niewiele większy od kaczki krzyżówki. Zresztą łatwo ukrywał się w porosłej trawą nadwodnej gęstwinie. Chętnie obserwował, gdy łabędzie zakładały wiosną gniazdo. W tym celu dosłownie wycięły okoliczne zarośla trzcinowe.

Inaczej niż łyski, które ukrywały swoje mniejsze gniazda wśród nawodnych zarośli. Na tym stawie mieszka jedna para łabędzi, łysek wypatrzył aż trzy gniazda, a kaczki widział jak już wodziły swoje młode po stawie. W czasie, gdy krzyżówki wysiadywały swoje jajka na stawie widoczne były tylko samotne kaczory.

W końcu jednak, gdy przyszedł nad staw zobaczył, że para łabędzi pływa daleko od swojego gniazda… niestety bez młodych, „brzydkich kaczątek”, a raczej łabędziątek. Bardzo go to zmartwiło, nie wiedział nawet dlaczego tak się stało.

Gdy obszedł staw dookoła na gnieździe zobaczył dwa jajka, porzucone.

Czyżby zmarzły? Może matce w trudnych warunkach pogodowych nie udało się utrzymać właściwego ciepełka? – zastanawiał się – Powodem opuszczenia gniazda mogła też być ingerencja jakiegoś drapieżnika. Kto to wie co się wydarzyło?

Szamrok pomyślał, że przecież za rok znowu będą próbować wychować młode. Z satysfakcją oglądał mamę łyskę z młodym, które nawoływały się nawzajem charakterystycznym głosem ściszonej trąbki.

Inna łyska ze swoim partnerem dopiero teraz budowała gniazdo na środku stawu, na ławicy roślinności wodnej. Samczyk „dowoził” jej ucięte przy brzegu trzcinowe materiały budowlane, które ona umieszczała w podstawie gniazda.

Łabędzie, pomimo swojej straty, dumnie pływały po stawie. Ich silny instynkt terytorialny przejawiał się teraz w przeganianiu mniejszych kaczek i łysek ze swojego miejsca żerowania. Szamrok widział też jak łabędź pogonił po tafli stawu kaczą mamę z czwórką kaczuszek. Na odsiecz przypłynął dzielny tata kacząt, ale i tak oddaliły się od zbyt „nerwowego” i większego pobratymca. Łabędzie przewyższają wielkością inne przebywające na stawie ptactwo wodne i z tego powodu ono odczuwa respekt przed władczym samcem. Szamrok słyszał od sąsiada, że wiosną, gdy jeszcze samica wysiadywała jajka, do brzegu zbliżył się jakiś pies i zaczął oszczekiwać łabędzie. Łabędź broniąc swojego terytorium wciągnął pieska pod wodę i go utopił.

Ot i taka walka o przetrwanie – jak to w naturze bywa. Szamrok po tym jak usłyszał o tym zrobił się ostrożniejszy, w starciu z łabędziem nie miałby przecież szans.

(oryg. 17.06.2009)